Kambodża, Wietnam i Tajlandia

Dzień 1

O 1. w nocy wyjeżdżam samochodem do Krakowa, jutro czeka mnie lot do Dubaju, a następnego dnia do Bangkoku.

Jest dużo zmian w w stosunku do pierwotnego programu, bo miał być głównie Wietnam i Laos, ale okazało się, że na przejsciach lądowych między Wietnamem a Laosem nie są akceptowane wizy elektroniczne, dlatego zamiast Laosu będzie Kambodża.

Wypożyczenie samochodu przez internet graniczy z cudem, więc na miejscu prawdopodobnie będziemy się przemieszczać publicznymi środkami transportu – będzie przygoda.
Czekajcie na kolejne info...

Dzień 2: Dubaj

Czekam w Dubaju na połączenie do Bangkoku. Mam 8 godzin, więc zdecydowałem się wyjść z lotniska i pojechać na Burj Khalifa, najwyższy wieżowiec w Dubaju.

Aby się tam dostać musiałem kupić bilet przez internet na 22:30, co dało mi 2 godziny na dostanie się tam z lotniska. Biorąc pod uwagę ogrom lotniska, które jest jednym z największych, na jakich kiedykolwiek byłem, potrzeba sporo czasu, żeby dojść do wyjścia, a nawet na samą przesiadkę w ramach lotniska.

Bilet kosztuje ok. AED 170, czyli przy obecnym kursie ok. 200 zł. Gra VR, której akcja dzieje się na dachu tego wieżowca to koszt dodatkowo ok. 50 zł, ale jest tego warta, bo widoki w grze zapierają dech w piersiach.

Mogę z czystym sercem polecić Burj Khalifa nocą. Nocna panorama miasta jest niesamowita, ale jeśli mamy zamiar opuszczać lotnisko w nocy, to ostatni powrotny pociąg metra z centrum na lotnisko odjeżdża o 23:25. Ciekawostką kulturową jest pierwszy wagon tylko dla kobiet.

Warto dodać, że wychodząc z lotniska każdy dostaje darmową kartę SIM z limitem 1GB.

Co do miasta, to ani razu nie byłem na zewnątrz, bo chodzi się tu w oszklonych klimatyzowanych tunelach.

Dzień 3: Siem Reap

Po wielogodzinnej podróży dotarliśmy do celu o 2. w nocy. Dotarcie tu było bardzo czasochłonne i zajęło nam ok. czterdzieści godzin, ale w końcu jesteśmy.

Mój lot z Dubaju był o czasie na 3:45 rano i miłym zaskoczeniem było to, że zamiast z FlyDubai podstawiono dwupiętrowy A380-800 luksusowych linii Emirates. Sam lot zajął 6 godzin.

Do Bangkoku docieram o 13-tej i po odbiorze bagażu spotykam się na lotnisku z kolegą, który doleciał innymi liniami.

Pociąg do centrum zajmuje pół godziny, a kolejne 20 minut zajmuje nam dojście przez labirynt małych uliczek do naszego przystanku. Obok jemy naszego pierwszego Pad Thai'a.

Podróż do granicy z Kambodżą zajmuje nam ok. cztery godziny. Tutaj musimy pieszo przejść przez tajski posterunek, potem przez most i dalej okazać e-wizę i paszport na Kambodżańskim przejściu. Potem mamy już tylko kilkaset metrów pieszo do biura naszego przewoźnika, skąd zostajemy podwiezieni otwartą ciężarówką na stację autobusową.

Tu musimy poczekać ok. 2 godziny na nasz sypialny autobus z przedziałami wielkości trumny, w których da się tylko leżeć. Zmieścić się tam w 2 osoby może stanowić wyzwanie. Przy wejściu do autobusu należy zdjąć buty. Podróż w pozycji wyłącznie leżącej zajmuje 3.5 godziny.

Gdy docieramy na miejsce, przy wejściu do hotelu, zgodnie z lokalnym zwyczajem, również zostajemy poproszeni o zdjęcie butów.

Dzień 4: Siem Reap - c.d.

Dzisiaj mieliśmy w planach wstać przed dziewiątą, ale życie zweryfikowało te plany i dwie nieprzespane noce odsypialiśmy do 10:30.

Kiedy już wstaliśmy podjęliśmy próbę wypożyczenia samochodu, w co zaangażowaliśmy właścicieli naszego hotelu. Po około godzinie telefonowania po różnych firmach okazało się to niemożliwe. Większość wypożyczalni nawet nie chce słyszeć o wypożyczeniu samochodu turyście z Europy. Nawet jeśli udałoby się wypożyczyć auto moglibyśmy mieć problemy z policją i prawdopodobnie trzeba byłoby dać im łapówkę mimo, że Kambodża jest sygnatariuszem obu konwencji, na podstawie których Polska wydaje międzynarodowe prawo jazdy. Takie życie w Azji.

Dodatkowym problemem jest, że w Kambodży prawie nikt nie mówi po angielsku i mają problemy nawet z liczbami, więc porozumiewamy się częściowo na migi, a przy negocjacjach kwoty pokazujemy w telefonie. Chyba trzeba będzie wypróbować Translatora, bo jest dość ciężko się porozumieć.

Wychodzimy z hotelu kupić kartę SIM, podobno mam mieć 50GB za $7. Jak będzie zobaczymy, bo wydaje się to niespotykanie tanio.

Idąc wzdłuż naszej ulicy zachodzimy do przydrożnego baru, w którym wg. Translatora można zjeść kurczaka, świńskie uszy, owoce morza i inne rzeczy, ale nie ze wszystkim aplikacja sobie radzi. Zamawiamy coś, co powinno być kurczakiem oraz danie o mistycznej nazwie "Piec", chyba dlatego, że był to czysty ogień. Udało nam się z niego wyciągnąć kilkanaście sporych papryczek chili. Jeśli danie jest za mało ostre, można je zalać dodatkowym ostrym sosem. Kurczak natomiast to kawałki skóry, które trzeba odrywać siłą od kości. Ogólne kurczak był zjadliwy, ale "Piec" był niczym ogień piekielny. Ten obiad kosztował nas niecałe $5 od osoby.

Po śniadaniu ruszamy w trasę. Przydaje się do tego aplikacja PassApp - tutejszy odpowiednik Ubera, w której można zamówić samochód albo Tuk Tuka, czyli rikszę. Ceny są uczciwe i nie musimy niczego negocjować.

Za spory odcinek 34 km do pływającej wioski Kampong Phluk zapłaciliśmy jakieś $6. Wprawdzie ten kawałek jedzie się dobrze ponad godzinę, ale można tu dojechać bardzo tanio.

Do wioski płynie się łodzią, a bilet kosztuje $20 od osoby i jest to oficjalna cena, nie podlegająca negocjacji. Znajduje się ona na środku jeziora, jest tam restauracja z leżakami i farma krokodyli. Na jeziorze stoi sporo łodzi z czymś przypominającym bawełnę. Jak uda mi się z kimś porozumieć po angielsku, spróbuję się dowiedzieć co to jest, bo tu nikt nic nie rozumie.

Gdy schodzimy na ląd okazuje się, że w aplikacji nie ma żadnego dostępnego kierowcy, więc zaczynamy iść przez wioskę piechotką, po drodze zachodząc do lokalnej świątyni buddyjskiej, a potem dalej, gdzie hen daleko przed nami jest Siem Reap. Udaje nam się załatwić podwózkę za $5 do głównej drogi, tym samym zaoszczędzając jakieś 15 km drogi na piechotkę.

Stąd udaje nam się już złapać Tuk Tuka za połowę, bo za $2.50, który zabiera nas do kolejnej świątyni buddyjskiej kawałek przed Siem Reap.

Na dziedzińcu świątyni muzyka gra z głośników na full i można tańczyć. Wokół kręcą się tylko dzieci w mnisich togach. Na tyłach świątyni wrażenie robi rzeka cała usłana liśćmi.

Ze świątyni zamawiamy kolejną rikszę, ale kierowca próbuje nas oszukać wołajać cenę 2.5 raza wyższą niż w aplikacji zasłaniając się świętami Nowego Roku, które właśnie się tu odbywają.

Rezygnujemy i zamawiamy więc kolejną rikszę, tym razem za uczciwą cenę.

Docieramy do centrum turystycznego Siema Reap w okolicy ogrodów Royal Independence Gardens. Przy ogrodach mijamy oświetlony lampkami most i wysiadamy przy rzece, gdzie znajdują się lokalne stragany z jedzeniem. Jest ich tu niezliczona ilość i można spróbować wielu lokalnych potraw, co też robimy. Zamawiamy ryż, duże smażone krewetki, zupę i coś podobnego do panierowanych szaszłyków z kurczaka z parówką i serem w środku.

Jest po ósmej, całe miasto tętni życiem, w tle gra głośna muzyka i jest szykowana scena do jakiegoś koncertu.

Biorąc pod uwagę fakt, że jutro jedziemy na wschód słońca na Angkor Wat o 4:30 zbieramy się do naszego hotelu.

Dzień 5: Siem Reap - c.d.

Przed piątą rano przyjeżdża po nas przewodnik i jedziemy do jednej z najbardziej słynnych świątyń na Świecie - Angkor Wat. Po drodze zbieramy jeszcze kilku innych uczestników wycieczki i jedziemy do głównej świątyni.

Bilety można kupić albo online albo w kasie po drodze z Siem Reap za $37 za dzień lub $62 za trzy dni. My kupiliśmy je już wcześniej, żeby mieć to z głowy.

Do świątyni jedzie się jakieś dwadzieścia minut i na miejscu jesteśmy przed szóstą. Wschód ma mieć miejsce około 6:20 więc mamy trochę czasu.

Nazwa Angkor Wat pochodzi z sanskrytu i oznacza Miasto Świątyń. Jest to kompleks świątynny poświęcony hinduskiemu Bogu Wisznu i zarazem największa struktura religijna na Świecie, wybudowana przez khmerskiego króla w XII wieku. Za sprawą kolejnego króla posąg główny Wisznu został wyniesiony z centralnego miejsca świątyni do głównego wejścia, a w świątyni pojawił się posąg Buddhy i buddyjskie elementy.

Zapisy historyczne mówią, że budowa tej świątyni nie opierała się na niewolniczej pracy, a na wolontariacie. Kiedy już została wybudowana, nikt nigdy w niej nie zamieszkał, bo była ona przeznaczona wyłącznie dla Bogów.

Kompleks ma wysokość 65 metrów, posiada pięć wież w kształcie kwiatu lotosu i został usytuowany względem słońca tak, że podczas równonocy wiosennej 21. marca oraz jesiennej 21. września słońce wschodzi dokładnie za centralną wieżą. Dodatkowo ta i pozostałe świątynie w okolicy zaprojektowane zostały tak, by odzwierciedlać konstelacje gwiazd.

Z szacunku do tej starożytnej kultury zdecydowano, że żaden budynek w Siem Reap nie może być wyższy.

Angkor Wat zbudowana jest z dwóch rodzajów kamienia - piaskowca i kamienia lawowego. Piaskowiec pierwotnie miał jasnoszary kolor, ale pod wpływem erozji teraz jest czarny i biały.

Odkrywca świątyni opisuje, że kiedy ją znalazł, była ona pełna kolorów, a wieże w kształcie kwiatów lotosu były pokryte złotymi liśćmi.

Wewnątrz znajdowało się pięć basenów ze świętą wodą, która miała służyć do picia i obmywania się. Wierzono, że woda ta ma właściwości lecznicze. Jednocześnie kąpiel w tych basenach była zabroniona.

Po obejrzeniu wschodu słońca i zwiedzeniu świątyni jedziemy do kolejnych.

Najbardziej słynna z nich to Ta Prohm, która swoją sławę zawdzięcza kręconemu tutaj filmowi Tomb Raider z Angeliną Jolie. Sceny z ogromnym drzewem, porastającym ruiny świątyni były kręcone właśnie tutaj. Została ona zbudowana przez siódmego króla na cześć jego matki, ale ta nie doczekała końca jej budowy i nigdy jej nie zobaczyła.

W innej świątyni poświęconej Bogu Brahmie można znaleźć wiele wykutych w kamieniu postaci właśnie tego Boga, nad którym czuwa Shiva. Znajdują się tu dwie połączone ze sobą komnaty - jedna dla Bogów i jedna dla demonów, które przeciągają w swoją stronę mitycznego węża, zwanego Naga. Ci, którzy przeciągnęliby węża na swoją stronę mieliby dostęp do świętej wody.

Ostatnią świątynią, którą dziś odwiedzamy, jest Bayon Temple z pięcioma bramami do miasta, każda z nich przeznaczna dla innych ludzi. Jedna służyła dla wojsk, inna do wynoszenia zwłok za miasto. Zmarłych nie wolno było chować na terenie miasta.

Zewnętrzna fasada przedstawia różne sceny z życia ludzi w tamtym czasie. Miasto zamieszkiwało 25 tysięcy osób. Niestety żaden dom się nie zachował, ponieważ tereny te najechali tajowie i wszystkie spalili.

Tida, nasz przewodnik opowiada nam też trochę o bolesnej historii Kambodży. Podczas wojny czerwoni Khmerzy wymordowali całą inteligencję i bogatych ludzi próbując w tej sposób na trwałe zapewnić sobie władzę.

Ludzie zmuszani byli do niewolniczej pracy, głównie w rolnictwie po dwanaście godzin dziennie za dwie miski ryżu dziennie. Hodowla zwierząt była ściśle kontrolowana, a za zabicie np. kury groziła kara śmieci, bo wszystkie zwierzęta przeznaczone były dla rządu.

Dzieci były edukowane tak, by nienawidzić swoich rodziców i donosić na nich w razie nawet najdrobniejszego przewinienia.

Wskutek wojny śmierć poniosło 2 miliony osób, co w tamtych latach stanowiło prawie połowę ludności Kambodży, która obecnie liczy 7 milionów mieszkańców.

Obecnie Kambodża jest monarchią, lecz król pełni tutaj głównie funkcję reprezentacyjną, a kraj wciąż odbudowuję się po krwawej wojnie, która miała tu miejsce kilkadziesiąt lat temu.

Do hotelu wracamy przed 13-tą i po odpoczynku próbujemy zorganizować dojazd do dżungli w Rattanakiri, ale okazuje się, że z powodu świąt Khmerskiego Nowego Roku wszystkie miejsca w jedynym kursującym tam autobusie są zajęte na najbliższe trzy dni, więc po naradzie decydujemy się kupić bilety i pojechać jutro na południe kraju, gdzie znajduje się kilka rajskich plaż.

Po zarezerwowaniu biletów wybieramy się na miasto w poszukiwaniu agencji turystycznej, która zorganizowałaby nam wycieczkę na górę i wodospad Kulen, jednak z powodu świąt większość agencji jest zamkniętych, a w tych, gdzie udało nam się z kimś porozmawiać odmówiono nam, ponieważ przewodnicy nie odbierali telefonów.

Na ulicach trwa regularna wojna... Na szczęście tylko na wodę, ale w ruch poza pistoletami wodnymi idą całe wiadra i szlaufy, a ulice wyglądają jakby przed chwilą było tu oberwanie chmury.

Jest to część tradycji obchodów Nowego Roku – odpowiednika polskiego śmigusa-dyngusa w wersji ulepszonej, bo leją się prawie wszyscy i wszędzie. Grupy atakujących zasadzają się co rusz na przejeżdżające skutery i tuk tuki, a pasażerowie co chwilę są mokrzy. Nas zlano jakieś kilkanaście razy.

Dzień 6: Siem Reap - c.d.

W związku z brakiem możliwości wydostania się z Siem Reap i brakiem możliwości zorganizowania jakiejkolwiek wycieczki z przewodnikiem ze względu na Nowy Rok na początku nie mieliśmy żadnych konkretnych planów na dzisiejszy dzień. Po przejrzeniu dostępnych atrakcji w możliwej do dojechania okolicy szybko udało nam się opracować plan.

Zaczynamy od oddalonego około 3 km od naszego hotelu muzeum wojny, jedynego w całej Kambodży. Muzeum znajduje się na otwartej przestrzeni i zawiera eksponaty czołgów, amfibii, dział i min. Większość uzbrojenia pochodzi z byłego Związku Radzieckiego. W jednym z budynków można zobaczyć różnego rodzaju miny, a na zdjęciach uszkodzenia, jakie zadają. Takich min jest w Kambodży wciąż bardzo wiele, stąd też zdjęcia dzieci bez nóg, weteranów bez rąk, oczu czy ze zdeformowanymi twarzami. Nawet na ulicach w Kambodży nietrudno spotkać osoby bez nogi lub ręki.

Z muzeum idziemy do oddalonych o dwadzieścia minut pieszo ogrodów Angkor Green Garden. Jest to sporych rozmiarów kompleks z mini zoo, ogrodem botanicznym, jeziorkami, kilkoma scenami, restauracjami, świątynią oraz khmerską wioską, skladajaca się z drewnianych domków na wodzie. Jest tu też i chińska wioska, a także jaskinia skarbów i Dom Duchów, w którym można zobaczyć gdzie wg buddyjskich wierzeń trafia się za poszczególne przewinienia i jaka kara może nas za nie czekać. Wycieczka w tej jaskini odbywa się przy dochodzących z głośników jękach cierpiących katusze dusz.

Zarówno wstęp do muzeum jak i do ogrodów kosztują po $5.

Jest bardzo gorąco. Telefon pokazuje, że jest 38°, ale temperatura odczuwalna wynosi 46°, dlatego nie zwiedzamy już wszystkich atrakcji w ogrodach tylko zamawiamy tuk tuka i jedziemy na basen miejski.

Basen wygląda całkiem fajnie. Jest spory, woda czysta. Można się też schronić przed słońcem w drewnianych altankach ze słomianymi dachami i odpocząć. Wstęp kosztuje tylko $2, więc zdecydowanie warto tu przyjść by się trochę schłodzić i odpocząć.

Po basenie wracamy do hotelu i idziemy na obiad do lokalnej restauracji kilkadziesiąt metrów od hotelu. Po drodze siedząc w rikszy stajemy się ofiarami ataku wiadrami i szlaufami z wodą, po którym wysiadamy cali przemoczeni.

W restauracji menu jest skromne, bo jest tylko zupa z kasawą i mięsem, grillowana wołowina i podroby. Ja wziąłem ryż z wołowiną, do czego dostałem sałatkę, kruszone orzechy, limonki, trawę cytrynową, kapustę, sos serowy i oczywiście papryczki chili, ale na szczęście tym razem były podane osobno.

Po obiedzie pakujemy się, zamawiamy transport na dworzec firmy przewozowej Virak Buntham, największego przewoźnika w kraju.

Tym razem nasz tuk tuk miał zasłony, dzięki czemu tylko część wody trafiła na nas, a woda z wiader rozbijała się o plandekę. Wałki uliczne trwają przez całą drogę na dworzec.

Teraz leżymy już w trumnie naszego autobusu nocnego, a na miejscu będziemy o szóstej rano.

Dzień 7: Rajska Wyspa Koh Rong

Jazda we dwie osoby w ciasnej trumnie z Siem Reap do Sihanoukville zajmuje dziesięć godzin. Na miejscu jesteśmy o piątej rano – godzinę przed czasem.

Z dworca autobusowego najlepiej zamówić Tuk Tuka przez aplikację do Port Autonomous, skąd odpływają promy na wyspę Koh Rong. Z mojego doświadczenia mogę powiedzieć, że rikszarze w większości przypadków, choć też nie zawsze, nie dyskutują z ceną z aplikacji, natomiast kilka razy, gdy próbowałem zatrzymać jakąś rikszę, ceny były dwa-trzy razy wyższe. Parę razy próbowali dyskutować na temat ceny i wtedy najlepiej anulować przejazd i zamówić kolejną.

Mamy trzy godziny, więc zalegamy w portowej restauracji, gdzie bardzo szybko zaczynają dojeżdżać kolejni turyści. Zamawiam ryż z kurczakiem, co jest jednym z najczęściej serwowanych w Kambodży śniadań, podobnie jak obiadów i kolacji. Zazwyczaj na śniadanie jest właśnie ryż z mięsem albo owocami morza.

Przed ósmą idziemy do biura naszego przewoźnika w porcie, dostajemy bilety i idziemy na prom. Po kilkunastu minutach zostajemy wpuszczeni na pokład.

Płynie się ok. 45 minut i trochę kołysze na falach, ale jest to nic w porównaniu z promami na wyspach Galapagos, gdzie byliśmy w zeszłym roku i po rejsie więszkość wychodziła z reklamówkami pełnymi jedzenia w płynie.

Dopływamy do brzegu i robimy rundkę po agencjach turystycznych na głównej promenadzie. Większość z nich ma taką samą lub bardzo nieznacznie różniącą się ofertę. Cenowo także jest bardzo podobnie. Przykładowo siedmiogodzinna wycieczka łodzią, obejmująca snorkeling przy rafie, łowienie ryb, podziwianie plaży Sok San, grillowanie na łodzi, oglądanie zachodu słońca, a na końcu planktonu fluorescencyjnego w wodzie nocą, kosztuje $15 od osoby.

Próbujemy wynająć rowery, żeby móc pojeździć po wyspie, jednak nikt na głównej promenadzie nie oferuje niczego innego poza skuterami, więc wynajmujemy jeden na nas dwóch na trochę ponad dobę. Generalnie stawka wynosi $15 za dobę, ale cenę można zbić nawet do $12.

Idziemy przejść się wzdłuż promenady i potem do końca plaży, żeby rozeznać się po tej części wyspy. Plaża jest rajska z licznymi drewnianymi domkami na palach, a wzdłuż promenady znajduje się sporo hoteli, restauracji i sklepików. Wynajęcie takiego domku w jednym z ośrodków kosztuje $85 za dobę.

My mamy rezerwację przy plaży Sok San, w drugiej części wyspy. Jest dużo taniej, bo płacimy $30, ale trzeba tam dojechać. Tu nie działa aplikacja PassApp, a dojazd rikszą do naszego miejsca kosztuje $20. Wypożyczając skuter, zaoszczędziliśmy na dwóch kursach. Problem tylko w tym, że tutaj na skuterze potrafi zmieścić się cała rodzina z dziećmi, a my mamy problem, żeby zmieścić się we dwójkę z bagażami, więc kolega najpierw jedzie sam z częścią bagaży.

Przez ponad godzinę nie mamy kontaktu, ponieważ poza miastem są problemy z zasięgiem. Pierwsza lekcja jazdy na skuterze okazuje się dość trudna, bo wraca z obitą i spuchniętą kostką.

O trzynastej plyniemy na wycieczkę. Dołącza do nas spora khmerska rodzinka, z którą spędzimy resztę dnia.

Pierwszym punktem jest snorkeling przy małej wysepce. Tuż przy pomoście znajduje się bardzo ładna rafa i można zobaczyć kilka gatunków ryb. Woda jest ciepła, przyjemna i dość przejrzysta, dzięki czemu możemy wyraźnie zobaczyć dno.

Po około godzinie płyniemy łowić ryby. Nie wszyscy używają wędek. Używa się specjalnej szpuli z długą żyłką, zarzuca przy łodzi i co chwilę porusza szpulą. Grupie udaje się złowić kilka złotych rybek, więc będzie co upiec na grillu.

Gdy już złowiliśmy parę ryb płyniemy w stronę plaży Sok San i Long Beach, gdzie mamy czas na pływanie, a nasza obsługa na ugrillowanie złowionych ryb. Co ciekawe, tutaj grilluje się też szaszłyki z warzyw i bagietki. Grillowane pieczywo często można zobaczyć na straganach.

Zaszokowało nas natomiast, że udało się też złowić parę małych żyjątek z mackami, które żywcem były rzucane na ruszt. Wiły się i próbowały uciec, po chwili oddając życie na ruszcie.

Po grillu oglądamy zachód słońca przez chmury, ponieważ pogoda nie do końca dopisuje. Śpiewamy karaoke, tańczymy, pijemy darmowe napoje i drinki (Khmer Whisky zaskakująco jest smaczna), a na koniec płyniemy oglądać fluorescencyjny plankton. Niestety dziś widać go niewiele. Z łodzi nie widać go wcale, a pod wodą widać jedynie małe iskierki, gdy porusza się rękami.

Do portu wracamy parę minut po ósmej i od razu ruszamy do naszego hotelu. Tylko na początku i na końcu drogi po wyspie jedzie się szutrem. W głębi wyspy jedzie się asfaltem i droga jest dobrze oświetlona, ale nie ma żadnych drogowskazów. Google Maps widzi tylko część drogi, a do tego brakuje zasięgu, więc jedzie się "na czuja", jednak bez problemy docieramy na miejsce.

Hotel nie oferuje Wi-Fi, co jest sporą wadą tego obiektu, dlatego post publikuję z jednodniowym opóźnieniem.

Dzień 8: Koh Rong - c.d.

Drugi dzień na wyspie Koh Rong zaczynamy od problemów z prądem. Niestety całą noc go nie było i do tej pory go nie mamy, a mój telefon wskazuje 34% naładowania. Dobrze mieć power bank na właśnie takie sytuacje.

Idziemy do restauracji na śniadanie. Tutaj jest już trochę większy wybór, bo można kupić przykładowo naleśniki w stylu amerykańskim czy, dla odmiany, mango z ryżem, które decyduję się spróbować i mogę z pełnym sercem polecić.

Po śniadaniu czas na kąpiel w czystej i przejrzystej wodzie oraz spacer po białym piaseczku rajskiej plaży Sok San, przy której plaża po drugiej wyspie traci swój blask. Ta plaża póki co zdecydowanie wygrywa! Do tego prawie nie ma tu ludzi, ponieważ wszystkim wydaje się, że tamta plaża jest już wystarczająco rajska, nie zadając sobie trudu, by przyjechać tutaj.

Po dłuższym spacerze i kilku kąpielach wracamy na główną część wyspy i tam również decydujemy się przejść po plaży. Dziś jest bardziej słonecznie, widać lazur wody i błękit nieba.

Nieco po czasie nasz prom zabiera nas na ląd. Gdy dobijamy do portu czeka na nas zamówiony samochód z kierowcą, którym jedziemy do miasta Kampot.

Jazda samochodem, częściowo po wertepach, zajmuje nam ponad dwie godziny.

Jakże miło nam było, gdy pan Pol przywitał nas w polskim języku. Ten rodowity khmer mieszkał dwadzieścia lat temu w Rzeszowie i tam nauczył się naszego języka, a teraz pracuje w guesthousie o nazwie House of Guest, prowadzonym przez Polaka, gdzie całkowicie przypadkowo trafiliśmy.

Co ciekawe, w Kampot jest jeszcze jeden polski hotel oraz pub o nazwie Venus. Polacy mają też tu swoją grupę na Facebooku o nazwie @CamboLife.
Przed snem udaje mi się jeszcze tylko przejść do polskiego pubu i wracając zobaczyć Tęczowy Most.

Dzień 9: Kampot

Dzień mamy dziś już w pełni zaplanowany. Nasz nowy znajomy Pol, khmer mówiący po Polsku, zorganizował nam wycieczkę tuk tukiem za miasto z wieloma atrakcjami za $30. Za około pięć godzin wycieczke dla dwóch osób jest to bardzo atrakcyjna cena. Szkoda tylko, że nasz kierowca słabo ogarnia angielski, ale do tego w Kambodży już się przyzwyczailiśmy. Najważniejsze, że program i cena są z góry uzgodnione.

Najpierw jedziemy do jaskini-świątyni Phnom Chhngok. Pokonanie tuk tukiem niecałych 20 km zajmuje prawie godzinę, bo droga jest kiepska, a tuk tukiem też nie da się szybko jechać.

Świątynia w jaskini powstała w VII w. na cześć hinduskiego Boga Shivy. Podobnie jak w innych obiektach tego typu, służy ona również buddystom i znajduje się tam figura umierającego Buddy.

W ramach kompleksu znajduje się kilka jaskiń, gdzie znajdują się figury hinduskich i buddyjskich bóstw, a w powietrzu wszędzie unosi się zapach kadzidełek.

Na zewnątrz znajdują się dwie buddyjskie pagody. Pierwsza - z wieloma malowidłami, przedstawiającymi historie z życia świętych, a druga służy chyba jako dyskoteka dla mnichów, bo na zewnątrz z głośników wydobywa się głośna muzyka.

Z jaskiń jedziemy dalej na farmę pieprzu. Kambodża jest największym na świecie eksporterem pieprzu, co było dla nas sporym zaskoczeniem.

Farma słynie nie tylko z rosnącego tu na małych drzewkach zielonego i czerwonego pieprzu, który finalnie odpowiednio staje się biały i czarny, ale także z durianów, uwielbianych i kupowanych na dużą skalę przez chińczyków. Rosną tu też ananasy miodowe, kwaśne owoce (sour fruits) i banany.

Niektóre drzewka pieprzu mają po 20-30 lat, a z jednego drzewka, jak się je dobrze pielęgnuje, mogą powstać 2-3 kolejne. Każde daje owoce raz do roku.

Z farmy jedziemy nad Sekretne Jezioro i na górę Veha Mountain  z punktem widokowym. Góra jest popularna wśród par ze względu na romantyczny charakter tego miejsca.

Nasz czas już się kończy, więc wracamy do Kampotu, gdzie jemy obiad w prowadzonym przez Polaka Ecran Noodles, Polecam zupę z makaronem i pierogami z krewetkami. To miejsce, wewnątrz naszego hotelu, jest bardzo popularne wśród lokalnych mieszkańców.

Niestety czas opuścić miasto, ale wiem, że kiedyś tu wrócę.

Jazda busem do stolicy - Phnom Penh zajmuje nam 2.5 godziny i kosztowała nas po $10.

Na miejscu jesteśmy po dwudziestej, idziemy jeszcze na jedzonko w wietnamskiej restauracji i na spacer po okolicy. Miasto jest pięknie oświetlone i bezpieczne. Więcej na temat Phnom Penh napiszę jutro, bo mamy już zorganizowaną całodniową wycieczkę po mieście.

Dzień 10: Phnom Penh

O ósmej jesteśmy już po śniadaniu w hotelu i wyjeżdżamy na wycieczkę. Okazuje się, że cena wynosi nie $25 a $40 za cały dzień, ale za to dodatkowo w programie mamy Jedwabną Wyspę (Koh Dach). Program jest dość intensywny i poza wyspą zobaczymy dziś Pola Śmierci Choeung Ek, Muzeum Ludobójstwa Tuol Sleng, czyli więzienie S21, a także Muzeum Narodowe i Pałac Królewski.

Rozpoczynamy od Pól Śmierci, czyli dawnego chińskiego cmentarza. Gdy w latach 1975-1979 po wojnie domowej władzę przejęli komuniści, nazywani Czerwonymi Khmerami, zginęło tu ponad siedemnaście tysięcy mieszkańców Kambodży. Odkryto tu wiele masowych grobów, w których zidentyfikowano łącznie sczątki 8985 osób. Stało się to za sprawą jednego z lokalnych farmerów, który wykopując ziemniaki zorientował się, że mają zapach zgnilizny. Kopiąc głębiej znalazł ludzkie kości.

Tu przyjeżdżały transporty ludzi, którzy po kolei byli zabijani narzędziami rolniczymi, by nie marnować kul. Dzieci natomiast brano za nogi i roztrzaskiwano ich głowy o jedno z drzew. Na tym drzewie znaleziono fragmenty mózgów i kości dzieci, których pozostałości składano w masowym dziecięcym grobie.

Gdy kończy się pora deszczowa, wciąż na powierzchnię wypływają ludzkie kości i fragmenty ubrań.

Co gorsza, reżim Czerwonych Khmerów był uznawany przez wiele krajów, w tym USA i Chiny. To m.in. Stany Zjednoczone już po masakrze w Kambodży zabiegały, by Czerwoni Khmerzy zasiadali w ONZ. Zarzuca się, że zarówno USA jak i Chiny dostarczały brań komunistom. Chodząc po polach śmerci z audioprzewodnikiem takie właśnie informacje usłyszeliśmy.

Mało tego, Pot Pol - główny przywódca "Organizacji", czyli partii komunistycznej, nigdy nie stanął przez żadnym międzynarodowym trybunałem i żył w dostatku przez wiele lat. Zginął w areszcie domowym prawdopodobnie otruty przez osobę z własnej służby w sędziwym wieku.

Historie, które tu usłyszeliśmy, mrożą krew w żyłach.

Drugim obowiązkowym miejscem, które trzeba odwiedzić w Phnom Penh jest byłe tajne więzienie S21, a obecnie Muzeum Ludobójstwa (Tuol Sleng).

Szacuje się, że łącznie więzionych było tu dwadzieścia tysięcy osób. Większość z nich torturami zmuszano do zeznań, którymi mieli obciążać siebie i inne osoby. Często niewinne osoby musiały zmyślać zeznania żeby skończyły się tortury, i tym samym, ich życie, bo gdy tylko podpisywali zeznania, byli mordowani.

Więźniowie byli traktowani jak przedmioty. Nie używano imion, tylko numery, a gdy mieli jakieś potrzebne umiejętności, w aktach wpisywano "zachować do użytku".

Miejsce to było wcześniej szkołą, ale zostało przerobione na więzienie. W ścianach wykuto przejścia i wybudowano cele, założono kraty.

W muzeum znajduje się ogromna liczba zdjęć i dokumentów, w których spisano szczegółowe zeznania więźniów oraz obsługi. Zawierają dokładne opisy stosowanych tu procedur i licznych sposobów, na jakie torturowano i mordowano więźniów.

Zarówno Pola Śmierci jak i więzienie są po prostu obowiązkowym miejscem, które trzeba odwiedzić będąc w Kambodży, podobnie jak Auschwitz w Polsce, aby wiedza i pamięć o tych strasznych rzeczach przetrwała i była przestrogą na przyszłość, a ludzkość nigdy więcej czegoś takiego nie doświadczyła.

Kolejnym punktem jest Jedwabna Wyspa Koh Dach nad Mekongiem, znajdująca się kilkanaście kilometrów za miastem. Płynie się tam promem za dolara. Tyle zapłaciliśmy w jedną stronę za przewiezienie nas i całego tuk tuka.

Na wyspie znajduje się farma motyli jedwabników. Ich larwy tworząc kokon są w stanie wyprodukować do 400 metrów jedwabnej nici, którą oplatają kokon. Do 30% motyli nigdy się nie wykluwa i to właśnie z kokonów z martwymi larwami w środku pozyskuje się jedwab. Kokony gotuje się we wrzątku, a podczas tego procesu nici twardnieją i rozdzielają się, przez co można ja pozyskać. Dalej jedwab barwi się używając naturalnych roślinnych barwników, suszy, a na końcu tu na miejscu ręcznie szyje się ubrania.

Na wyspie znajduje się jeszcze spora świątynia buddyjska, którą na chwilę odwiedzamy.

Wracamy z wyspy i jedziemy do centrum do Muzeum Narodowego i Pałacu Królewskiego, ale są już zamknięte, więc widzimy je tylko z zewnątrz.

W hotelu, kosztującym nas 70 zł za dobę za pokój, mamy dwa baseny, w tym jeden na dachu. Kąpiąc się mamy okazję podziwiać piękną panoramę z oświetlonymi wieżowcami odbudowanego po wojnie nowoczesnego centrum.

Dzień 11: Ho Chi Minh (Sajgon)

Wstajemy o czwartej, bo o piątej mamy autobus do Wietnamu. Biuro firmy przewozowej nie jest daleko, ale trzeba zamówić przejazd i być na miejscu przed czasem. Tutaj każda firma transportowa ma swój własny przystanek, z którego odjeżdżają jej autobusy, więc lepiej wcześniej upewnić się gdzie trzeba dojechać.

Pan kierowca zabiera nasze paszporty oraz wydrukowane e-wizy i będzie je trzymał aż do Wietnamu. Jak widać gdybyśmy mieli je tylko w formie elektronicznej, mógłby być problem.

Na przejściu granicznym jesteśmy około ósmej rano. Najpierw kierowca idzie ze wszystkimi paszportami i wraca ze stemplami wyjazdowymi. My musimy tylko wyjść i pokazać się celnikowi, który jedynie sprawdza naszą tożsamość z paszportem.

Po stronie wietnamskiej wygląda to podobnie z taką różnicą, że musimy zabrać ze sobą bagaże. Celnik wbija stemple do wszystkich paszportów po kolei i podaje kierowcy, który oddaje nam je i każe przechodzić dalej do prześwietlenia bagaży. Tam też nikt specjalnie się nie przejmuje, a bagaże przejeżdżają ze wszystkim jak leci nawet nie zwalniając.

W Ho Chi Minh, znanym u nas jako Sajgon jesteśmy po 11:30. Dzięki kupionej za $7 na granicy karcie SIM udaje nam się jeszcze w autobusie zorganizować kilka rzeczy, a mianowicie wykupić przez internet wycieczkę na dziś na godzinę trzynastą do tuneli Cu-Chi.

Na jutro też wykupujemy wycieczkę do Delty Mekongu, a na pojutrze do Mui Ne. Ta ostatnia wycieczka jest dwunastogodzinna, bo sama podróż zajmuje trzy godziny.
Wycieczki kosztują odpowiednio po $18. $23 i $64 od osoby, co nie jest jakąś wygórowaną ceną za cały dzień atrakcji, odbiór spod hotelu i przywiezienie na koniec pod hotel.

Tunele Cu-Chi znajdują się 40 km za miastem, a po drodze odwiedzamy jeszcze fabrykę Lamphat, gdzie pracują niepełnosprawni w wyniku poparzenia toksycznym środkiem nazywanym czynnikiem pomarańczowym w trakcie Wojny Wietnamskiej między wspieranym przez amerykanów demokratycznym południem, a wspieraną przez Chiny i Rosję komunistyczną północą.

rodek ten powoduje raka, deformacje, a nawet defekty genetyczne, które są potem dziedziczone.

Głównym punktem są wspomniane wcześniej tunele, wykopane przez żołnierzy Wietkongu, aby bronić się przez Amerykanami. Tunele, które się tutaj znajdują mają średnio metr wysokości i trzy poziomy.

Najwyższy posiada kuchnię oraz otwory wentylacyjne skonstruowane tak, by były niewidoczne i aby dym i para unosiły się tylko do pół metra nad ziemią, przez co trudno było je zobaczyć z powietrza.

Na najniższym poziomie jest mało tlenu, dlatego mogli w nich przebywać maksymalnie po kilka godzin żołnierze, którzy byli do tego zaaklimatyzowani. Normalna osoba byłaby w stanie przeżyć na tym poziomie dziesięć minut. Poziom ten łączył się z rzeką na wypadek konieczności ewakuacji.

Wejścia do tuneli były zamaskowane i jedno z nich mieliśmy okazję z pomocą przewodnika zobaczyć. Drewniana klapa z dwoma uchwytami przykryta była liśćmi i całkowicie niewidoczna. Uchwyty były pułapką, a pociągnięcie za nie skutkowało wybuchem przytwierdzonych pod spodem granatów.

Dodatkowo armia Wietkongu była mistrzami w stosowaniu pułapek. Większość z nich była zakamuflowana w ściółce i stanowiła różne formy zapadni z kolcami, mającymi za zadanie ranić i sprawiać ból, by konający przeciwnik krzyczał i zwabił w zasadzkę innych.

Na terenie znajdują się liczne leje po bombach, ale rzadko kiedy bomby były w stanie spowodować duże szkody poza zawaleniem się jakiegoś fragmentu górnego tunelu.

Można też skorzystać tu ze strzelnicy i strzelać z prawdziwej broni, w tym z AK-47, M16, a nawet z broni maszynowej. Strzelnicę prowadzą byli żołnierze. Jeden nabój kosztuje $2.

Na koniec mamy za zadanie przejść 100 metrów takim tunelem i nie jest to zadanie łatwe. W tunelach jest gorąco, duszno i ciasno. Większość z nich trzeba przejść mocno nachylonym, a miejscami nawet na czworaka. Na górę wychodzimy mocno zmęczeni, a wyobraźmy sobie żołnierzy, którzy potrafili żyć w tych tunelach przez wiele godzin i pokonywać dużo większe odległości niż 100 metrów.

Z ciekawostek warto też wspomnieć o strojach. Żołnierze mieli zielone stroje khaki, a farmerzy czarne, ale wielu farmerów w dzień było żołnierzami w nocy, a ubrani na czarno nocą byli niewidoczni.

Do hotelu wracamy po 19-tej i po kolacji i krótkim spacerze decydujemy się już pozostać w pokoju i odespać krótką ostatnią noc.

Dzień 12: Ho Chi Minh - c.d.

Bus podjeżdża pod nasz hotel parę minut po ósmej. Udało się tylko na szybko zjeść jakąś kanapkę z grillowanym jajkiem z budy i wyruszamy na wycieczkę do Delty Mekongu.

Do miejsca docelowego jedzie się około dwie godziny, ale po drodze zatrzymujemy się w świątyni buddyjskiej Ving Trang. Jest to świątynia tradycji Theravada. W środku znajdują się posągi buddów, takich jak Amitabha, Gautama czy replika zaginionego posągu Avalokiteshvary.

Stąd jedziemy już prosto do portu, wsiadamy na łódź i płyniemy jakieś piętnaście minut na pobliską wyspę.

Mieszkańcy tej wyspy żyją m.in. z produkcji miodu, kokosów i hodowli kocich ryb, które karmione są... odchodami. Dawniej budowano małe pomosty, na których mieszkańcy wypróżniali się prosto do wody.

Na wyspie mamy kilka degustacji tutejszych owoców, w tym mango, smoczych owoców, bananów i ananasów. Degustacja odbywa się przy relaksacyjnych brzdękach na bliżej nieokreślonym instrumencie oraz śpiewie na żywo.

Kolejnym punktem jest krótki rejs małą drewnianą łodzią po rzece i podziwianie przyrody w tradycyjnych wietnamskich kapeluszach. Jest to bardzo przyjemna część wycieczki.

Na koniec dostajemy na obiad spring rollsy z rybą (mam nadzieję, że nie była hodowana na tym, o czym pisałem wcześniej), zupę, ryż, makaron ryżowy, kurczaka i owoce. Na tym etapie jedzenie pałeczkami idzie nam już bardzo płynnie.

Po obiedzie mamy pół godziny dla siebie i wracamy do busa, w którym korzystamy z uroków klimatyzacji. Taki odpoczynek od prawie 40-stopnionwego upału dobrze nam robi.

Z powrotem jesteśmy około 16:30.

Po paru minutach odpoczynku w hotelu próbujemy dostać się do Muzeum Wojny, które jest otwarte do 17:30. Zamawiamy 'Ubera". Tutaj działa aplikacja Grab, dzięki której możemy korzystać z przejazdów z uczciwą cenę. Ze względu na korku dojeżdżamy zaledwie parę minut przed 17:30 i zostajemy już odprawieni z kwitkiem.

Podobnie sytuacja wygląda w Pałacu Zjednoczenia, który znajduje się kilka minut piechotą od Muzuem Wojny. Pałac jest otwarty codziennie do 16:30, więc tym razem nie będzie nam już dane wejść do środka.

Naprzeciwko Pałacu Zjednoczenia trafiam na sporą jadalnię, w której znajduje się dużo stanowisk z kuchnią wietnamską, tajską i indyjską. Za $2-3 można się tu najeść, a jedzenie dobre i świeże. Polecam.

Stąd już tylko kawałeczek do serca miasta, czyli pomnika Ho Chi Minh. Był to prezydent Wietnamu, który doprowadził do zjednoczenia północy i południa.

Naprzeciwko pomnika znajduje się oświetlona Muzyczna Fontanna Nhạc Nước Nguyễn Huệ, a cały plac otoczony jest wieżowcami i ekskluzywnymi hotelami.

Kawałek dalej znaduje się jeszcze Opera Miejska i Katedra Notre Dame Sajgonu.

Czas na powrót do hotelu i na odpoczynek po długim, gorącym i intensywnym dniu.

Dzień 13: Mui Ne

Wychodzimy o 6:30. Do agencji turystycznej mamy tylko dziesięć minut pieszo, więc nie ma pośpiechu, bo wyjeżdżamy o 7. rano.

Okazuje się, że podróż trumiennym autobusem trwa aż pięć godzin i na miejscu jesteśmy przed dwunastą, a wycieczka na miejscu zaczyna się o trzynastej, więc po przyjeździe mamy jeszcze czas na obiad i spacer po lokalnej plaży.

Część z niej wygląda rajsko, a część jest brudna i trwają tu pracę budowlane. Za kilka miesięcy przybędzie tu kilka nowych hoteli przy samej plaży.

Same miasteczko Phan Thiet jest mocno turystyczne, ale wciąż tanie. Kursują tu regularne autobusy i nie jest tu ciężko się dostać, ale realnie trzeba mieć kilka dni chcąc tu przyjechać.

W pierwszej kolejności jedziemy do wioski rybackiej Mui Ne, gdzie można zobaczyć setki drewnianych łodzi na wodzie, należących do lokalnych rybaków.

Następnie jedziemy do Fairy Stream, gdzie możemy podziwiać lokalne piaskowce i las chodząc boso po rzece. Miejscami woda sięga powyżej kolan.

Kolejnym punktem są białe wydmy, gdzie można przejść się pieszo lub wypożyczyć quada lub jeepa z kierowcą. Ceny są dosyć wysokie jak na tutejsze warunki, bo za czteroosobowego jeepa z kierowcą trzeba zapłacić $30, ale można znaleźć jeszcze kogoś chętnego i wtedy koszt spada.

Robimy tu krótki spacer, niektórzy zjeżdżają z wydm na dół, niektórzy zjeżdżają stromo w dół quadami lub jeepami jak my. Kawałek dalej dojeżdżamy do jeziora i robimy tu przerwę na kolejne widoki.

Ostatnim punktem wycieczki są czerwone wydmy, gdzie mamy oglądać zachód słońca, ale niestety z powodu chmur słońce możemy sobie tylko wyobrazić.

Jeszcze tylko grillowana rybka na kolację i wyruszamy autobusem do Ho Chi Minh, ale tylko razem jest to wyższy standard, więc trumny są bardziej przestrzenne :) 

Dzień 14: Da Nang

Wstajemy o 3:30, by zdążyć na nasz lot do Da Nang na 5:45. Na lotnisko mamy tylko piętnaście minut jazdy Grabem (tutejszym Uberem), co kosztuje ok. $6. Gdyby to był szczyt, trzeba byłoby doliczyć dodatkowe pół godziny na stanie w korku, bo na drodze bywa sajgon :)

W Ho Chi Minh lotnisko składa się z dwóch terminali - krajowego, oraz... krajowo-zagranicznego. Oczywiście trafiamy na nie ten, ale przejście między terminalami zajmuje pieszo kilka minut.

Do odprawy i kontroli są kolejki i mało stanowisk obsługi, przynajmniej w naszych liniach lotniczych, dlatego trzeba mieć zapas czasu. Kontrole nie są jednak zbyt wnikliwe.

Lot do Da Nang trwa około półtorej godziny, a przejazd drogą lądową około siedemnaście. Za przelot zapłaciliśmy po $35 a przejazd czy to pociągiem czy autobusem kosztuje $15-20, więc różnica nie aż taka duża, żeby tracić cały dzień na podróż.

Na miejscu w hotelu jesteśmy o dziewiątej rano, ale ze względu na to, że zameldować się możemy dopiero od czternastej, wypożyczamy z hotelu skuter za ok $8 za dobę i jedziemy na Marmurowe Góry, które znajdują się w środku miasta.

Jest to kompleks buddyjskich pagód oraz jaskiń, w których także znajdują się świątynie. Natomiast ze szczytu rozciąga się widok na całe miasto. Wstęp kosztuje półtora dolara, a jeśli ktoś chce wjechać na górę windą musi liczyć się z dodatkowym zawrotnym kosztem pół dolara.

Jeden dolar to na dzień dzisiejszy ok. 23,000 Dongów, więc jesteśmy milionerami już za $50.

Gór jest pięć, stąd też nazywa się je górami Pięciu Elementów - metalu, wody, drzewa, ognia i ziemi. Skały głównie składają się z marmuru i wapienia.

Po zejściu na dół jedziemy do następnego punktu - oddalonego o 20 km miasta Hoi An, gdzie udajemy się do Starego Miasta.

Bilet wstępu kosztuje 150,000 Dongów, czyli całe $6, ale uwaga: w cenie otrzymuje się tylko pięć biletów i wejść można tylko do 5 z 25 dostępnych budynków. Aby wejść do wszystkich, trzeba byłoby zapłacić pięć razy tylko, czyli robi się już pokaźna kwota jak na tutejsze warunki. Dodam, że budynki w środku wyglądają podobnie, więc wejście do wszystkich nie ma sensu.

Stare Miasto znajduje się nad rzeką i można też wykupić krótki rejs łodzią po rzece.

Przed przyjściem tutaj warto wcześniej coś zjeść i zaopatrzyć się w zimne napoje, bo tutaj ceny są dwu-trzykrotnie wyższe niż gdziekolwiek indziej.

Wracamy do naszego hotelu, ale po drodze zatrzymujemy się na pobliskiej plaży My Khe, która jest tu znaną atrakcją turystyczną, bo plaża rzeczywiście jest wyjątkowa. Można tu wynająć leżaki pod słomianymi parasolami i popływać w lazurowej wodzie, co my też czynimy.

Pogoda zaczyna się psuć, więc meldujemy się w naszym czterogwiazdkowym hotelu płacąc za dwuosobowy pokój całe $35 za dwie noce. Na dachu hotelu znajduje się basen z widokiem na całe miasto, gdzie spędzamy czas aż do nadejścia deszczu i burzy.

Dzień 15: Da Nang - c.d.

Dziś mamy wykupioną wycieczkę na wzgórza Ba Na Hills, czyli po prostu Bananowe Wzgórza za niebagatelną kwotę $12 od osoby.

Do miejsca docelowego, znajdującego się 40 km stąd jedzie się ponad godzinę.

Przy wejściu trzeba wykupić bilet na kolejkę linową na górę za ok. $45, co na te warunki jest akurat wysoką ceną, podobnie jak wszystko na górze. Obiad, napój i wszystko inne kosztuje tu trzy razy drożej niż na dole.

Główną atrakcją turystyczną jest most, podtrzymywany przez kamienne dłonie, znany z wielu zdjęć w internecie. Na szczycie znajdują się też liczne świątynie i sporo kiczu w stylu francuskiej wioski czy centrum gier i rozrywki. W takim małym Las Vegas musi też być zamek z Harry'ego Pottera, a na ukończeniu jest też budowa kasyna, stylizowanego na zamek.

najduje się on na samym szczycie, po przegraniu wszystkich pieniędzy będzie można od razu rzucić się w czeluść.

W zamkach, które przetrwały już całe kilka lat od budowy znajdują się najczęściej ekskluzywne restauracje. Jest restauracja w stylu francuskim, a kawałek dalej w niemieckim.

Dziś do naszego zjazdu miejsce to odwiedziło osiem tysięcy osób, a za miesiąc, gdy zacznie się inwazja turystów z Chin i Tajlandii, wśród których jest ono bardzo popularne, przewinie się tu 23 tys. osób dziennie!

Po zdjęciach widać, że już dziś są tu tłumy, a więc trudno mi sobie wyobrazić trzy razy więcej ludzi.

Do hotelu wracamy ok. 16:30 i idziemy jeszcze na plażę, gdzie relaksujemy się i pływamy w ciepłym morzu aż do zmroku.

Dzień 16: Hanoi

Lotnisko w Da Nang znajduje się dwadzieścia minut jazdy taksówką, która kosztuje nas ok. $6. Lotnisko w Hanoi, gdzie wysiadamy po trochę ponad godzinnym locie znajduje się z kolei ponad 30 km od centrum, więc tu już tak łatwo nie jest, ale za to spod terminala regularnie kursują miejskie autobusy za 45,000 donów, czyli nawet nie $2. Jazda do centrum zajmuje około godziny.

Godzinny lot pozwolił nam zaoszczędzić około dwadzieścia godzin podróży autobusem lub pociągiem, a kosztował jakieś $35.

Jest tu o dziwo pochmurno i chłodno, bo tylko 22 stopnie. Różnica między centralnym i południowym Wietnamem jest więc aż piętnaście stopni.

Nasz hotel znajduje się niecałe dziesięć minut drogi piechotką od przystanku i docieramy tam już przed dziesiątą rano. Na szczęście pokój jest już dostępny i możemy się bez dodatkowych kosztów zameldować wcześniej.

Ruszamy na miasto. Większość atrakcji jest skupionych w dwóch częściach - wokół starego miasta i wokół Mauzoleum Prezydenta Wietnamu Ho Chi Minha.

Do starego miasta mamy kilkanaście minut pieszo. Stamtąd idziemy następne kilkanaście minut do świątyni Ngoc Son, znajdującej się na środku jeziora, potem do pomnika Ly Thai To, czyli pierwszego władcy z dynastii Ly mamy już rzut beretem. Kolejne parę minut i jesteśmy pod operą.

Spod opery idziemy chyba najdłuższy kawałek do Więzienia Hoa Lo. Sam wstęp kosztuje 30,000 donów, czyli trochę ponad dolara, ale audioprzewodnik w jednym z dziewięciu języków, w tym po angielsku, kosztuje już 100,000, czyli aż $4.

Więzienie zostało wybudowane przez francuzów, a z audioprzewodnika możemy się dowiedzieć jak to źli amerykanie i francuzi przetrzymywali tu w nieludzkich warunkach i torturowali wietnamskich partiotów, którzy mimo tego nie dali się złamać. Stosowano m.in. zanurzanie więźniów w beczce z wodą oraz odchodami, którą szczelnie zamykano, po czym bito w nią młotkami. Wielu z nich umierało.

Z więzienia udajemy się na Train Street, czyli małą uliczkę między budynkami, gdzie przechodzą tury kolejowe i kilka razy dziennie kursuje pociąg, m.in. o 15:30 i o 21:00. Najlepszy widok można zobaczyć z kawiarni na górnych piętrach budynków.

Wracamy w okolice hotelu i musimy trochę naszukać się miejsca, gdzie możemy coś zjeść. Udaje nam się to na targowisku, gdzie je się przy jednym stole z lokalnymi mieszkańcami. Muszę przyznać, że zupa z grillowanym kurczakiem i makaronem ryżowym, a do tego spring rollsy i pierogi są przepyszne, a wszystko to razem na dwie osoby wyniosło nas 125,000 donów, czyli $5!

Wracamy do hotelu trochę odpocząć, a po zmroku zamawiam skuter za $1 i jadę w kieruku Mauzoleum Ho Chi Minha.

W okolicy jest kilka punktów, które warto zobaczyć, w tym świątynia Tran Quoc na wodzie. Sama świątynia, podobnie jak i Mauzoleum zamykane są ok. 17-tej, podobnie jak wszystkie inne muzea i zabytki, ale mimo wszystko warto tu przyjechać i zobaczyć je z zewnątrz.

Mauzoleum usytuowane jest na placu przypominającym Plan Tian An Men czy Plac Czerwony i jest dobrze oświetlone nocą oraz pilnowane całą dobę przez wartę honorową. Naprzeciwko znajduje się budynek Parlamentu (Vietnam National Assembly), na którym zamieszczono ogromne bilboardy przedstawiające sierp i młot na czerwonym tle. Zresztą w całym mieście na każdym kroku powiewają czerwone flagi.

Świątyni Literatury nie ma sensu odwiedzać nocą, ponieważ jest słabo oświetlona. Tu kończę zwiedzanie na dzień dzisiejszy i wracam skuterem do hotelu za kolejnego dolara.

Dzień 17: Zatoka Ha Long

Dziś startujemy z wycieczką o 8:20 rano, kiedy nasz bus podjeżdża pod nasz hotel. Ta wycieczka akurat jest dość droga, bo kosztowała nas po $55 od osoby, ale zatoka Ha Long to jedno z najbardziej znanych miejsc w Wietnamie i główna atrakcja turystyczna. Pewnie dałoby się to zorganizować taniej, gdybyś mieli więcej czasu, żeby poszukać ofert w lokalnych agencjach turystycznych.

Do zatoki jedzie się ponad dwie godziny. Po drodze zatrzymujemy się w Farmie Pereł, czyli w zakładzie, produkującym biżuterię z pereł. Zatoka znana jest z dużej ilości małż. Są one odławiane, a nawet specjalnie hodowane, by tworzyć wysokiej klasy biżuterię.

Parę minut dalej znajduje się nowoczesny port, z którego wypływa się w rejsy po zatoce. Obecnie większość statków oferuje wysokiej klasy rejsy dla turystów z wyżywieniem, napojami i alkoholem. Można wykupić przykładowo kilkudniowy rejs z noclegiem w luksusowych warunkach na jednej z wysp lub kilku z wysp.

W programie wycieczki mamy cztery aktywności: wspinaczka i/lub pływanie na wyspie Ti Top (wyspa Titowa), jaskinie Sung Sot (Jaskinia Nespodzianka), pływanie kajakami przez jaskinię do ukrytej laguny oraz podziwianie widoków ze statku.

Na Wyspie Ti Top znajduje się pomnik rosyjskiego kosmonauty Germana Titowa, który uznawany jest tu za bohatera. Można też wejść na szczyt wyspy wspinając się po schodach dziewięćdziesiąt metrów w górę i podziwiać zatokę z lotu ptaka. Jest tu też niewielka plaża, gdzie można sobie poleżeć, pomoczyć nogi lub się wykąpać.

Stąd udajemy się do Jaskini Niespodzianki, która jest największą jaskinią w zatoce z licznymi formacjami skalnymi, przypominającymi konia, miecz, smoka czy Lady Buddę Guanyin, Boginię Miłosierdzia.

Płyniemy na następną wyspę. Na niewielkiej przystani można wsiąść na kajaki lub na kilkunastoosobową łódź z wioślarzem, która zabierze nas przez jaskinię do ukrytej laguny, otoczonej dookoła skałami.

Na koniec pozostaje nam rozkoszować się widokami wyrastających z wody gór w drodze powrotnej do portu.

W okolice hotelu docieramy około 21. i udajemy się na street food. Wokół nas jest kilka miejsc, gdzie wystawione są na ulicy stoliki, przy których siedzi sporo ludzi. Na każdym stoliku ustawiona jest przenośna kuchenka ze smażących się jedzeniem, które przekonuje nas do siebie. My wybieramy wołowinę i boczek, które przynoszą nam surową. Osobno dostajemy surowe grzyby z długimi łodygami, trawę cytrynową, cebulę, sałatę i sosy. Gdy mięso jest już gotowe nakłada się to na liście sałaty, polewa sosem i zwija jak nasze polskie gołąbki. Jedzenie jest przepyszne.

Dzień 18: Bangkok

Samolot do Bangkoku mamy o 15:50. Ze względu na dużą odległość, korki i kolejki na lotnisku musimy wyjechać przed trzynastą.

W zasadzie pozostaje nam przejść się trochę po mieście w poszukiwaniu pamiątek z Wietnamu.

Po drodze całkiem przypadkowo odwiedzamy katedrę katolicką Świętego Józefa, po czym bierzemy Graba, wracamy do hotelu, zbieramy rzeczy i wychodzimy na przystanek autobusowy.

Na lotnisko z turystycznej dzielnicy miasta jeździ autobus nr 86, kurs trwa około godzinę i kosztuje 45,000 dongów, czyli niecałe $2.

Na lotnisku wszystko idzie sprawnie, nadajemy bagaże, przechodzimy przez odprawę paszportową, kontrolę bezpieczeństwa i idziemy prosto do gate'u.

Lot trwa półtorej godziny i jesteśmy już w Tajlandii, ale do hotelu przy słynnej Khaosan Road docieramy aż dwie godziny później ze względu na kiepskie połączenia i korki.

Dzień 19: Bangkok - c.d.

Wychodząc na miasto jesteśmy już w innej rzeczywistości. Bangkok jest ogromny, odległości są tu dużo większe niż w innych miastach, które odwiedziliśmy, a niektóre uliczki już nie wydają się takie bezpieczne.

Odnosimy także wrażenie, że ludzie już nie zagadują do nas bezinteresownie i że każdy chce nam coś sprzedać. Nawet w kantorach, gdy próbujemy wymienić $30 mając studolarowy banknot i prosimy, żeby wydano nam $70 odpowiadają nam, że możemy jedynie wymienić całe $100, a potem ponownie zamienić odpowiednią kwotę w bhatach na $70, czyli mówiąc wprost, próbowano nas skroić za podwójne przewalutowanie.

Za wypłatę z bankomatu pobierana jest na ogół prowizja w wysokości 220 bhatów, czyli ok. $7, niezależnie od kwoty.

Idziemy pieszo w okolice Wielkiego Pałacu, ale zarówno pałac, jak i świątynia Wat Pho, czyli Świątynia Leżącego Buddy są teraz zamknięte dla turystów, ponieważ odbywa się w nich buddyjską ceremonia.

Jeden z ochroniarzy sugeruje nam rejs do Pływającej Wioski i świątyni w Wielkim Buddą.

Tu również cena jest do negocjacji i pierwotna cena jest zaporowa, bo wynosi 1800 bhatów ($50) za godzinny rejs, a w drugim miejscu już 1200 ($35). Po negocjacjach udaje nam się zbić cenę do 900 bhatów od osoby już za półtorejgodzinny rejs. Po fakcie okazuje się, że podobne wycieczki kosztują nawet 1/3 tego! Cóż, tutaj jak widać trzeba uważać i lepiej odrobić zadanie domowe sprawdzając ceny w internecie.

W każdym razie sama wycieczka jest już jak najbardziej udana. Plyniemy wąskimi kanałami do pływającej wioski i pływającego targu. Po drodze mijamy masę drewnianych domków na wodzie, w których ludzie prowadzą codzienne życie.

Dopływamy do Świątyni Wat Paknam z ogromnym Buddą Dharmakaji na wysokość 57 m wykonanym z czystej miedzi i sercem ze złota. W tym świątynnym kompleksie spędzamy czterdzieści minut.

Następnie kapitan wysadza nas przy Świątyni Świtu Wat Arun. Wstęp kosztuje 100 bhatów. W świątyni znajduje się ogromna stupa, wykonana z porcelany, na którą częściowo można wejść. Jest ona jedną z najbardziej rozpoznawalnych świątyń w całej Tajlandii. Ilość szczegółów i wysokość robią wrażenie.

Stąd udajemy się na pobliską przystań i przeprawiamy się promem na drugi brzeg za 5 bhatów od osoby.

Idziemy w kierunku Palacu i Wat Pho, ale są nadal niedostępne dla turystów, więc jedziemy do hotelu przeczekać największy upał.

Dwie i pół godziny później jesteśmy tu z powrotem, ale Wielki Pałac jest już zamknięty, ale udaje nam się wejść do Świątyni Leżącego Buddy. Wstęp tutaj kosztuj 200 B. Dla chcących zapłacić kartą jest niemiła niespodzianka - płatność tylko gotówką, podobnie jak w większości miejsc. Zdarzają się wyjątki, gdzie można płacić kartą, ale lepiej jest zawsze mieć przy sobie wystarczającą ilość gotówki.

Ten kompleks jest ogromny i żeby go dobrze zwiedzić potrzeba przynajmniej półtorej godziny. Zajmuje on bowiem aż 80 000 m2. Kompleks można podzielić na dwie części: pierwsza jest otwarta dla zwiedzających, a druga służy jako część mieszkalna dla mnichów i mieści się tam również szkoła.

W części publicznej znajdują się dwie duże świątynie - główna hala, najświętsze miejsce w Wat Pho, gdzie odbywają się rytuały, oraz druga, gdzie znajduje się Leżący Budda, wybudowany w 1832 r., o długości 46 m i wysokości 15 m.

Po wyjściu ze świątyni udajemy się jeszcze na krótko na przystań, żeby zobaczyć świątynię Wat Arun po drugiej stronie rzeki w schyłkowej fazie dnia. Słońce jest już nisko i oświetka już lekko pomarańczowymi promieniami zachodnią część świątyni.

Teraz czas udać się w okolice hotelu, zdobyć trochę gotówki i udać się na kolację. Dziś kusi zupa Thom Yum Kung. Wersja mało ostro dla turysty wcale mało ostra nie jest i z trudem udaje się ją zjeść, co nie znaczy, że nie jest smaczna.

Dzień 20: Ayuttaya

Na ostatni dzień wyprawy zaplanowaliśmy wycieczkę do dawnej stolicy Tajlandii, miasta Ayuttaya.

W programie mamy do odwiedzenia następujące miejsca: Pałac Królewski Bang Pa-In, świątynię Wat Phra Sri Sanphet, Wat Yai Chai Mongkhon i Vihara Phra Mongkhon Bophit i Wat Ratchaburana.

Bang Pa-In, znany też jako Palac Letni to kompleks pałacowy w stylu europejskim. Wybudowany został w 1632 r., ale większość budynków powstała dopiero w XIX w. Znajduje się tu pałac w stylu chińskim, przestrzenne ogrody oraz kilka budynków, które architektonicznie do złudzenia przypominają Paryż czy Wiedeń. Ma to związek z tym, że król Chulalongkorn odwiedzał Europę i tak był zachwycony jej architekturą, że postanowił wybudować tu swoją małą Europę.

W całym kompleksie obowiązuje dress code, czyli nie wolno nosić wyzywających strojów i zawsze należy mieć długie spodnie.

Jedziemy dalej do świątyni Wat Yai Chai Mongkhon.  Świątynia została wybudowana w 1357 r. I pierwotnie służyła jako kwatery mieszkalne do mnichów, ale dwieście lat później wybudowano stupę. Obecnie służy zarówno jako świątynia jak i klasztor dla mnichów. Kompleks jest mocno naznaczony zębem czasu i niektóre jego elementy zostały odbudowane w czasach obecnych.

Kolejnym punktem naszej wycieczki jest świątynia Wat Ratchaburana, w ramach której znajduje się m.in. słynne drzewo z twarzą Buddy. Z szacunku wszelkie zdjęcia należy robić z pozycji poniżej twarzy, czyli niemalże na leżąco.

Świątynia powstała w miejscu walki o władzę dwóch braci, z których jeden został tu pochowany, a drugi został królem. Zniszczyli i zdewastowali ją birmańczycy podczas wojny, m.in. posągom Buddów poucinano głowy.

Kolejne dwie świątynie to głównie ruiny stup i obie są mocno do siebie podobne. Nie ma większego sensu ich tutaj opisywać, bo podobne stupy widzieliśmy już w poprzednich.
Droga powrotna zajmuje nam niecałe dwie godziny.

W hotelu mimo, iż już skończyła się nam doba hotelowa udaje się wziąć prysznic przed podróżą, po których wychodzimy na przystanek autobusowy na lotnisko, do którego idzie się pięć minut. Pod sam terminal kursuje klimatyzowana linia S1, podróż trwa godzinę, a bilet kosztuje 60 bahtów od osoby, czyli jakieś $2.

Całe szczęście, że przyjechaliśmy aż cztery godziny przed lotem, bo kolejka do check-inu jest ogromna. Po prawie godzinie stania udaje się nadać bagaż, ale kolejka do kontroli bezpieczeństwa również jest dość długa, gdzie spędza się kolejne 15-20 minut po to, by przejść do kolejnej długiej kolejki do okienka, w którym uzyskuje się stempel wyjazdowy. W efekcie stania w kolejkach do bramki dochodzę dokładnie w momencie, gdy zaczyna się już odprawa.

  • LinkedIn
  • Tumblr
  • Reddit
  • Google+

Leave a Comment

See My Photos on

Shutterstock Photo

Dreamstime Photo

Share this Article